Mniej więcej 7 lat temu poszłam do fryzjera. Sama. Po raz pierwszy... <To właśnie ten moment - pełna ekscytacja i napięcie, krew pulsuje w żyłach, serce dudni.> Owy dzień był ostatnim, gdy moje włosy były długie. Bardzo długie.
Obudziła się we mnie chęć głębokiej przemiany. W końcu miałam dwanaście lat. Poza typowymi rozterkami nastolatki, przebudziło się we mnie szaleństwo. Ciach. Ciach. Podcięcie końcówek skończyło się parędziesiąt centymetrów za wysoki. Bob. Klasa. Oczywiście nastąpiła faza zachwytu i to nie tylko mojego. Fryzurowy fejm uderzał do głowy. Babcia nie poddała się fali. Przysłoniła ją rozpacz. Skończyła się era francuzów, koków, koron, plecionek... Niestety dopiero niedawno uświadomiłam sobie, że dzięki owej fryzurce wyglądałam dojrzalej niż teraz. A może to kwestia robienia głupich min?




