Ulotka

Czemu strzelasz do kiera mego
na tej głodnej walentynce?

poniedziałek

wzięłam głęboki oddech
bo
wyrzuciłam moje anty
kupiłam buty
nowe
i czarne
byłam na basenie
pozabijać
w spowiedzi
i u babci
zjadłam trochę tortu
odwołali mi poniedzielne zajęcia

niedziela
niedzieli
nie dzieli
dzieli
tobą




kot

nieodebrany
kolejny
zajęty telefon
przebrany w koszulę
białą
kołnierzyk wyprasowany
klasą
pierwszy dzwonek

splamiona
mlekiem rozlanym

papryka




słodzić tobą herbatę

pijać eliksir uroku

doprawiony gąszczem irytacji

intrygancie

smakujesz mi



przyjacielu

wczorajsze jutro

już jutro się spotkamy
twoje rumiane policzki z moimi niewyspanymi oczami
twoja ukryta tęsknota z moimi krótkimi wdechami
twoja teraźniejszość z moja przeszłością
zapomniałam
już się nie znamy

niedopasowani

stałeś blisko
za murem
rozmytej rzeczywistości
wdech zatrzymany
w próżni rozmyślań

dłonie niezgrabnie splecione
niedopasowane w swym przeznaczeniu
marnym

kroki postępują
powoli
do dźwięków elvisowej bajki
ukołysane w szczęściu
chwilowym

na zawsze

one już wiedzą
zabłąkane
o niespełnieniu
ścieżki wybranej

wierzą
obłudnie
w przygasłą nadzieję

za zamkniętymi drzwiami powiek

czerwony

pływasz
w płytkim basenie
stopy nad dnem
trzy metry

ratownik skończył zmianę

bajka o balonie i dziewczynce

pisałabym ci bajki
na dobranoc
o zużytym balonie
który zaczerpnął powietrza
i odfrunął
spotykał wśród chmur
i rozdawał siebie
jak kawałki tortu
teraz już spada
ale nie wie
nic
o upadku
i łzie jednej dziewczynki
nie z chmury deszczowej
lecz z wiatru tańczącego
która naprawi balonik
na dźwięk słów

sezamie
otwórz się

poza

czy my się znamy
proszę pana

cóż znaczą te spotkania
kilka wiadomości przeliczonych
w tysiącach
czy tylko jeden pocałunek

czy my się znamy
proszę pana

część życia odebrana
noce rozmyślania
dłoni wyczekiwania

czy my się znamy
proszę pana

tęskniąca słuchawka rzadko zaspokajana
oczy zagubione
i sensu pustka
bez pana

dlaczego się już nie znamy
proszę pana

krzesło

siedzę na krześle osamotnionym
i myślę
myślę czy nie kocham
wyobrażenia

przecież
nie widziałam cię już od miesiąca
czy dwóch

owszem
jestem śpiąca
ale niezbyt milcząca
cicho wciąż krzycząca

druga na zegarze
ziewam
zmęczona

ręka drga w poszukiwaniu oddanego zdjęcia
znów nie znajduje nic
w skrzynce na listy

blady uśmiech
czy rumiane zakłopotanie
przemyka coraz rzadziej

przewidywałam oddechy
i róże nie dla mnie kupione
nie lubię róży

dyszę nierównomiernie
zatrutym powietrzem

czy jeszcze pamiętam

siedzę na krześle osamotniona
i myślę
myślę czy nie kochałam
tylko wyobrażenia

podróż świadomości

malinowy wysyp
alibi minionej nocy
skazana na upojenie
nieświadomości
złamana pamięć
wadliwy rozsądek
z uszkodzeniami mechanicznymi
gwarancja skończona

bolesny oddech poranka
otrzeźwienie
zadrapania zabrudzone
woda kojąca

lecz

rozsądek już w nieprodukcji

remont

puk puk prach
stukotu maszyn brak
pogłos nikogo odbity
w bladym uśmiechu upity
nadziei rozczarowanie
bez żalu z innym zabawianie

Józek



zielona migawka mruga zalotnie
krzywym uśmiechem
przesłoniętych oczu
uciekłeś
w winnej prawdzie
przelanej

nie daruję ci tej nocy


śmiertelny wyraz miłość




męczę wiersz wyraźnie
mironczarnie blade
łania po suszy biegnie
kołem Fortuna toczy

Losie daremny spójrz w me oczy
i odpowiedz na polikarpowe pytanie
gdy nicość miłości
śmierć nie jest rozwiązanie

inny sen

dziś śniła mi się miłość
uderzyła mnie
ciosem dwukrotnym
gdy myślałam
że już zamknięta
na dożywocie
skazana wyrokiem prawomocnym

podbiła i zostawiła
uciekła
gdy otworzyłam oczy
zostawiając kruchość
ulotną
niespełnioną niepełność

dziś śniła mi się miłość
rzeczywista
prawdziwa
szczera
i dozgonna
(nie)kłamliwa
(nie)raniąca
urojona

rzuciła o ścianę
namiętnością
stałością
nadzieją
bezpruderyjnością
odbita upadałam

dziś śniła mi się miłość
z innym

powódź

biała kartka
rozjaśniająca mrok
wypełniona po brzegi
niczym

kamienista pustynia
raniąca stopy
nasycona wodą
susza

głęboka
studnia
wiadro
odbijające się
od pustego
dna

pragnienie
palące krtań potokiem
słów
niewypowiedzianych
listów
niewysłanych
miłości
niekochanych

Lot w dół

Wolny ptak
z klatki ucieka
przed klatką ucieka
zapomniał że przykuty
łańcuchami

od klucza ucieka
od karmnika ucieka
a wygłodniały

robaków nie szuka
normalności nie szuka
skrzydło obcięte

wznosi się ku słońcu
stopi skrzydło zastępcze

zapomnienia szuka
szczęścia szuka
wśród smaków życia
błądzi

pod wiatr
frunie
brawurowo
runie

wiosna nadchodzi
wracaj

analog

kochanie

jak to jest być 
zamiennikiem
substytut oryginału

brunet
teraz blondyn
dobiegający ideału
oczy wciąż niebieskie

wada jedna
tylko
wolałam patrzeć w tamte


/dzięki Oli

może

zamknęłam oczy
ujrzałam morze
fale pochłaniające ciemność
pobiegłam
ku oczyszczeniu
ze starego

na brzegu stałaś
Ty
chciałaś ocalić
co
nie wiem
nić została przerwana